Trochę historii

Mam na imię Grzegorz. Co mógłbym o sobie napisać?

Zadowolony z życia mąż i ojciec dwójki dzieciaków.

Dobra praca, przyjemne czasy, które zostały dość brutalnie przerwane diagnozą – RAK..

Wszystko runęło, a zaczęło się dwa lata temu..

Zaczęło się od niewinnego USG, na które zostałem skierowany z powodu bólu brzucha. Nikt z nas nie myślał, że to początek drogi przez mękę. Nie dopuszczaliśmy do siebie najgorszego scenariusza. Niestety kolejne badania potwierdziły przypuszczenia lekarzy: rak jelita grubego z przerzutami do wątroby.

Tamten czas pamiętam jak przez mgłę. Jazdy po szpitalach, operacja wycięcia guza z jelita. I pierwsza chemia, która w ciągu sześciu miesięcy wyniszczyła mój organizm do granic wytrzymałości. Nie przyniosła nic dobrego, oprócz tego, że straciłem pracę a każda czynność, każdy ruch był dla mnie ogromnym wyzwaniem. Nigdy nie sądziłem, że odebranie syna ze szkoły będzie przypominało ekstremalną wyprawę, przecież to tylko kilka kroków…

Myśleliśmy, że na jakiś czas pozbyliśmy się „intruza”, ale niestety dwa miesiące później choroba się wzmaga i daje gorsze objawy, niż wcześniej. Guzy w wątrobie się powiększyły, przybyły nowe. Powoli zaczęło mi brakować sił fizycznych i psychicznych. Tak naprawdę z moją chorobą zmagała się i zmaga dalej cała moja rodzina, i tylko dzięki ich wsparciu miałem i mam siłę dalej walczyć.

Szukaliśmy innych sposobów na walkę z „wrogiem”. Dowiedzieliśmy się o zabiegach chemoembolizacji w Lublinie i zdecydowałem się na nie. Niestety również nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Jedyny pozytyw, że zrobiono mi badania genetyczne pod kątem mutacji łańcucha DNA ( o których zapomniano przed pierwszą chemią) i wiem co poszło nie tak i dlaczego chemia nie zadziałała. Wiem co zmutowało w moim organizmie i jak można to zablokować.  Po konsultacji u czołowych onkologów w Warszawie dowiadujemy się, że jest coś, co może pomóc przy tego typu mutacjach- EGFR, KRAS, NRAS. Dowiadujemy się, że jest lek który daje nadzieję na zatrzymanie choroby, niestety NFZ nie refunduje go w tej linii leczenia, dopiero w kolejnej. O prywatnym leczeniu nie było mowy,  cena wlewów była dla nas nieosiągalna. Stąd też przyjmuję kolejną chemię, przez kolejne miesiące zmagając się ze ogromnymi skutkami ubocznymi. Niestety i tym razem nic się nie zmienia i choroba nie daje za wygraną rozwijając się jeszcze szybciej. Miałem dość, stałem się wrakiem człowieka. Na szczęście moja kochana małżonka nie pozwoliła mi na użalanie się nad sobą i poddanie się. Dlatego walczę dalej, nie daję za wygraną, szczególnie, że pojawiło się światełko w tunelu.

Zostaję zakwalifikowany do leku, który został zalecony przez profesora z Warszawy. Jest to tak zwana terapia „celowana molekularnie”. Na szczęście w tej linii leczenia jest już refundowana przez NFZ, dlatego zaczynam następny etap leczenia, kolejną bitwę z wrogiem. Po raz pierwszy od kilku miesięcy jestem w stanie wyjść po zakupy, odebrać dzieci ze szkoły. A przecież to takie naturalne.. Zdrowy człowiek o tym nie myśli.. Boję się tego, że to znowu może być przejściowe..

Polecono mi leczenie w Małopolskim Centrum Hipertermii w Krakowie terapią tak zwanej hipertermii regionalnej. Daje ona wiele możliwości i jest udowodnione klinicznie, że przynosi bardzo dobre rezultaty, zwłaszcza w połączeniu z terapią celowaną, wlewami witaminowymi, odpowiednią suplementacją oraz dietą. Wlewy z witaminy C, mikro i makro-elementów mają na celu wzmocnić mój bardzo słaby organizm, odbudować odporność, pobudzić układ immunologiczny do działania. Niestety nie jest refundowana przez NFZ. Jestem po pierwszym zabiegu a przede mną kolejne.

Bitwa trwa…